niedziela, 21 września 2014

MECZ

Zakodowane mecze oglądałem pierwej w ten sposób, że puszczałem sobie w kompie relację tekstową, a jako ścieżkę dźwiękową transmisję z komentarzem arabskim. Oglądać się tej transmisji nie dało, bo ekran zasłonięty był różnymi "Downolad", "Play now", "Watch", "Wygrałeś milion" - a jak się na to kliknęło, to albo była transmisja ligi kuwejckiej, albo propozycja wysłania esemesa.  
Ale w końcu przyszedł półfinał. Co było robić? - postanowiłem pójść do knajpy, gdzie jest transmisja odkodowana. W pierwszej nie można było wetknąć przysłowiowej szpilki, że się tak wyrażę, ale za to w drugiej załapałem się na stojące miejsce pod ścianą.

sobota, 13 września 2014

STRIPTIZ

Piątkowego, wrześniowego, ciepłego  wieczoru przechodziliśmy wraz z kolegą Janem przez krakowski rynek. Kiedy dochodziliśmy do Bazyliki Mariackiej, zza rogu kościoła wyskoczył młodzieniec (wydawało się, jakby ów młodzian wyskoczył wprost z kościoła, ale przecież świątynia o tej porze jest zamknięta), zastąpił nam drogę i z chytrym uśmiechem zapytał: "Striptiz"?

niedziela, 7 września 2014

SOBOWTÓR

Mam sobowtóra, który chodzi po knajpach w Nowej Hucie i każe wypierdalać właścicielom.

A było to tak: wybrałem się - w miłym towarzystwie - na niedzielny, popołudniowy spacer po Nowej Hucie Po obejściu kilku parków zapragnęliśmy samowtór zimnego piwa i w tym celu udaliśmy do najbliższej restauracji.  Usadziwszy miłe towarzystwo w  ogródku, poszedłem do kontuaru celem złożenia zamówienia i stanąłem oko w oko z właścicielem, który natychmiast spojrzał na mnie ponuro, ale tak ponuro i z tak głębokim wyrzutem, że mnie dech zaparło i dopiero po chwili wykrztusiłem: "Dwa piwa poproszę". Na co właściciel nadal spoglądając spode łba: "A pamięta pan co mi pan wczoraj powiedział?". Na co ja: "Ależ mnie tu wczoraj nie było! Żona jest, może zaświadczyć, że siedziałem w domu". Na co właściciel nieco zbity z tropu: "Panie, taki sam jak pan, siedział tu wczoraj ze cztery godziny" Ja: "Ale nie mógł być taki sam jak ja, bo ja jestem niepowtarzalny" Właściciel: "To się tylko tak mówi. A ja wczoraj wieczorem zbieram krzesła, mówię, że już zamykamy, a on do mnie, żebym wypierdalał. Rozumie pan, ja mam wypierdalać z własnej knajpy! " Na co ja: "Ale ja byłem w tej restauracji ostatnio rok temu, a nie wczoraj". Na co on, zmierzywszy mnie wzrokiem: "Rzeczywiście, był pan rok temu, a nie wczoraj" - i jął mnie przepraszać. A kiedy już piliśmy to piwo, przyniósł nam talerz frytek z keczupem: "To gratis od firmy do dziobania i  żeby państwo nie mieli do mnie żalu". Po czym spojrzawszy ma mnie rzekł: "Wczoraj to jednak był pan, ale pięć lat młodszy". 

piątek, 29 sierpnia 2014

POWODY DLA KTÓRYCH MOŻNA BY EWENTUALNIE URODZIĆ SIĘ CZECHEM


W czeskim internecie znalazłem tekst pt.: "22 powody, dla których nie byłoby szpetnie urodzić się Polakiem". Najbardziej podoba mi się ten powód:
"Máte moře i mnohem vyšší hory než Češi – Tatry. A i vaše polovina Sněžky je vyšší než ta česká."
W ramach rewanżu zastanawiam się na powodami, dla których nie byłoby źle urodzić się Czechem. Oto kilka pierwszych:
1. Nie demolujecie kolei, dzięki czemu można dojechać pociągiem w prawie każdy zakątek kraju.
2. Piwo jest zawsze dobrze nalane - niezależnie od ustroju.
3. Nie robicie niepotrzebnych powstań - dzięki czemu Praga (i inne miasta) wyglądają jak wyglądają.
4. Wasza literatura jest równie wspaniała jak nasza - z tym, że wasza jest obliczona bardziej na normalnego czytelnika (mniej eksperymentu, więcej gawędy).
5. Macie Morawy i wspaniałe wino.
6. Wasz język dużo bardziej przypomina starosłowiańskie źródło Cyryla i Metodego i niej jest tak zepsuty obcymi wpływami (latynizmy, romanizmy, germanizmy) jak nasz.
7. W pracujecie od ósmej do szesnastej (z obowiązkową przerwą na obiad), a potem idziecie do hospody, my robimy od projektu do projektu a potem przez czas jakiś się opieprzamy. .Bardziej skuteczna wydaje mi się Wasza metoda.
8. Z wdziękiem sikacie na spodnie sąsiada pod czeską ścianą płaczu w hospodach.
I pewno jest jeszcze trochę takich powodów.

wtorek, 29 lipca 2014

CO UCZYNIĆ, ABY DZIECIĘ DOBRZE SPAŁO

Należy sięgnąć do naszej polskiej tradycji i sporządzić mamkę, gdyż mamka to narodowy i ludowy sposób na spokojny sen naszych dzieci i wnuków. 
A więc tak - najpierw gotujemy mak. 
Potem ten wywar z cukrem mieszamy i w czystą szmatkę zawijamy. 
Po czym we własnej gębie przez dzień boży cyckamy i z rana dzieciątku do pyska wtykamy. 
Miły sen naszych pociech gwarantowany! Takoż zadowolenie i harmonia Ojców i Matek, jak i Dziadków, Piastunek i Opiekunek . 

niedziela, 27 lipca 2014

LIST KAROLA WOJTYŁY DO SYNA

Z listu Karola Wojtyły do syna, Jana Wojtyły (mojego dziadka). List z dnia 20 stycznia 1933 napisany na maszynie, na firmowym papierze Arcyksiążęcego Browaru w Żywcu dotyczył starań o przyjęcie inżyniera Jana Wojtyły na stanowisko adjunkta w dobrach Arcyksięcia Habsburga, gdzie Karol Wojtyła pełnił funkcję oficjała:
"Pan Dyrektor Cyhan oświadczył gotowość na Twe przyjęcie, jednakowoż tylko w randze adjunkta i naturalnie z tymi prerogatywami, które z tą rangą związane, a więc w razie objęcia tej posady z oświadczeniem, że się zgadzasz na trzyletni celebat.
Trzeba się pogodzić z losem, bo na razie ważniejszy chleb niż żeniaczka!
O treści niniejszego listu, względnie o warunkach przyjęcia nie wolno Ci się przed nikim wygadać, a tym mniej przed Helką, istnieje bowiem przypuszczenie, że nie potrafisz o sprawach służbowych, względnie o takich, które nie są aktualne, a powinny do definitywnego rozstrzygnięcia zatrzymane być u siebie, a tym mniej przed kobietami roztrząsane, trzymać język za zębami, co jest koniecznym u urzędnika arcyksiążęcego"
Celibat został skrócony, jako że przyjęty do pracy w charakterze adjunkta inżynier Jan Wojtyła w dniu 19 stycznia 1935 roku skierował do Dyrekcji Dóbr Żywieckich pismo treści następującej:
"Niniejszym donoszę, że w dniu 27 listopada 1934 r. urodziła mi się córka, która na Chrzcie Św. otrzymała imię Ewa Jadwiga. Powyższe doniesienie przedkłada się w drodze urzędowej."
To była moja Mama.

niedziela, 13 lipca 2014

Z DZIENNIKA STAREGO PIERDOŁY

Wczoraj miałem okazję towarzysko-rodzinną (to znaczy córka z zięciem i wnuczką na wizycie), w związku z czym chciałem nabyć ciasto do herbaty względnie kawy. Jest początek lipca, a więc: rabarbar na kruchym cieście albo placek z czereśniami czy też kołacz z borówkami - w najgorszym razie drożdżowe ciasto z truskawkami. Obleciałem z dziesięć cukierni - i co? I nie było nic z rabarbarem, borówkami, truskawkami ani czereśniami. Same jakieś serniki, makowce, napełnione tłustym kremem torty - jakby natura nie obdarzyła nas darami lata. W związku z czym gości podjąłem bobem - ten na szczęście jeszcze jest.