piątek, 21 marca 2014

PAŁUBY UMARŁYCH SPEKTAKLI




Spektakl bez aktora nie istnieje, to jasne. Ale co dzieje się z maskami, rekwizytami, lalkami, kostiumami, gdy  spektakl zejdzie z afisza? Gdy przestaną żyć życiem ożywających ich aktorów? Leżą gdzieś te szmaty, wypchane kawałki papier -mache, które kiedyś były głowami, rdzewiejące kawałki metalu i rozsypujące w drzazgi kawałki drewna wiodąc podrzędny niby - żywot na kształt pałub z "Traktatu o Manekinach" Schulza. Zdarza się, że ktoś chce kupić, proponując owej lalce czy też masce żywot ozdoby w knajpie bądź na wystawie sklepowej. Nigdy nie będziemy się prostytuować! Bo jakaż to byłaby zdrada wobec aktora, który kiedyś obdarzał ów kostium, lalkę czy też maskę swoim życiem. Spójrzcie na zdjęcia owych przedmiotów, porzuconych przez aktorów, pozostawionych samym sobie - na scenie bądź w garderobie.  Przecież nie grają, nie są częścią żadnego przedstawienia lecz, tak jak u umarłego Głodomistrza  w ich zgasłych oczach tkwi przeświadczenie, że grają dalej.


Zdjęcia ze spektaklu Teatru Mumerus "Dr K. Hommage a Franz Kafka (scenariusz i reżyseria: Wiesław Hołdys, 2006 rok). Więcej zdjęć: KLIKNIJ TU


czwartek, 6 marca 2014

NIE MA REJESTRACJI

"W DNIU DZISIEJSZYM REJESTRACJI DO OKULISTY NIE MA" - takiej treści karteczka została zawieszona przez panią rejestratorkę, kiedy otwierała okienko w przychodni, pod którym pokornie stałem od godz. 6:30 do 7:30 rano celem właśnie tej rejestracji. Ze mną stało ok. 100 osób (nie tylko do okulisty, za to niektórzy od piątej rano). Zapytałem się pani rejestratorki: "A co, nie ma dziś okulisty?" Na co ona: "Okulista jest, ale rejestracji nie ma". Wyjaśniam; do okulisty można zarejestrować się tylko w dniu wizyty, rejestracji na terminy późniejsze też nie ma.

czwartek, 27 lutego 2014

piątek, 10 stycznia 2014

MÓJ CHRZEST




Z tego, co pamiętam, było to tak:

Urodziłem się jako wcześniak, miesiąc przed terminem, obrośnięty, niczym noworodek goryla czarnym i tęgim owłosieniem na całym ciele. Z przyczyn, o których nie będę tu pisał, urodziłem się w Katowicach, a nie w Cieszynie - gdzie mieszkała cała, wieloosobowa rodzina. Ale w kilka dni po urodzeniu jakimś sposobem owego owłosionego noworodka do Cieszyna dostarczono. "Podciep,  przeca to podciep. Zamienili go! - stwierdziła przyszywana babcia Weronika, góralka z Rychwałdu - Albo i diabeł!". Co robić, trzeba go natychmiast było  poddać próbie wody święconej czyli ochrzcić i to nie w kościele parafialnym, tylko w kościele św. Jerzego, bo ten smoka szatańskiego pokonał. Ale chętnych do wejścia do kościoła wraz z tym ciemnowłosym stworzeniem było niewielu, jako, że wiara w moc św. Jerzego była nieco ograniczona. Tylko Mama i Tata, wujek Leszek, a także jako rodzice chrzestni - Janka Wojtyłowa (przesiedziała cztery lata w Auschwitz, więc właściwie nie miała już się czego bać) i wujek Krzysiek (późniejszy profesor fizyki - racjonalista, a takich diabły się nie imają) poszli do wraz z owłosionym noworodkiem do kościoła, gdzie już czekał na nich uzbrojony w kropidło ks. Przewodnik. Reszta pozostała na średniowiecznym zamku, przerobionym przez Austriaków na browar (gdzie wtedy mieszkaliśmy), patrząc z góry na nieodległy kościół. Ale podczas chrztu ani piorun w wieżę kościoła nie walnął,ani siarką nie zaśmierdziało, ani też jęki potępieńcze się nie wydobyły. Tak więc mój dziadek, syn Karola Wojtyły (dziadkowi Jan było), który przez  całą ceremonię w gabinecie siedział i wódeczkę popijał, ów więc dziadek, na widok wychodzących z kościoła po ceremonii chrztu św., ryknął na cały browar i pół Cieszyna: "Zanieśli poganina, a przynoszą chrześcijanina!". To znaczy mnie.  

Załączony obraz autorstwa Antoniego Boratyńskiego - ilustracja do "Przedziwnych śląskich powiarek" Gustawa Morcinka.

sobota, 4 stycznia 2014

CZASU FIGLIKI ALBO ŻYWOT CZŁOWIEKA POCZCIWEGO




Czasie, tempusie, morderco ty rozpustny! Lecz pogodzić się z Tobą mi potrza. Cóż, zbliżająca się nieuchronnie siedemdziesiątka (to przecie już za piętnaście lat, które jak z bicza trzasną przeminą) wymusza spokojne zmiany trybu życia i tego, do czegom przywykł. A zwykłem dobrze i bogato śniadać. Więc jako pierwsze miasto - jak niegdyś - golonki z chrzanem, jem tylko schabowego z kapustą. Dawnymi czasy do tego dochodziło pół litra gorzałki fikuśnej, ale teraz muszę zadowolić się jeno czterema piwami. Pierwsze pół litra zaczynam dopiero w południe (jako napitego do śniadania wtórego czyli mięty obgryzanej prosto z doniczek wraz z dodatkiem fikusa i geranium). Poczem z wnukami pod lipą usiąść, liści natrząść i kory poobgryzać.  Ograniczyłem palenie - zamiast pięciu paczek fajek tylko trzy. Owsiankę na mleku wylewam z balkonu na sąsiadów karmiących gołębie. Wieczerzam najlżej i najskromniej - kontentując  się jedynie prosięciem z jabłkiem w pysku. Na podkurek półgęski i filet z sandacza na postumencie zdobionym przepiórkami. W nocy obudzić się - i bigosu miskę dobrą podjeść. Sobie wtórnemu w mordę dać.

środa, 1 stycznia 2014

SKRZATEK CIESZYŃSKI

Porządki noworoczne: mój pierwszy tekst, który wygłaszałem ze sceny wprost do widowni pełnej dzieciaków. Nawet w egzemplarzu zaznaczone są przewidywane reakcje ("Boicie się wilka? Nie!!!"). Sztuka nazywała się "O Kasi, co gąski zgubiła", a wystawiona była w teatrze "Skrzatki Cieszyńskie" prowadzonym przez Jana Cieślara. Było to w roku 1970, co zresztą widać w tekście - kowal pracuje, oczywiście, w spółdzielczej kuźni. Po wygłoszeniu tekstu zasuwałem pod lalkową scenkę, gdzie brałem do ręki kukiełkę wilka, obwieszczając gąseczkom, że "halele, gąseczki, halele, będzie z was dla wilka obiadek w niedziele". Scenka, prospekty, światła, część lalek pochodziła z początków XX w. i wykonane była w Wiedniu - tak przynajmniej wynikała z metek i tabliczek firmowych. Zaraz po Nowym Roku "Skrzatki cieszyńskie" rozpoczynały swoje coroczne występy przy pełnych salach Domu Kultury (dziś Cieszyński Ośrodek Kultury "Dom Narodowy"). Był to jeden z najpiękniejszych teatrów świata, po którym - obawiam się - pozostało jedynie wspomnienie i kilka kartek (takich jak załączona) i może kilka zdjęć.